Fragment kadru z filmu "Żona" (2017).

UWIKŁANI W MAŁŻEŃSTWO, CZYLI TEORIA JUDITH BUTLER A FILM „ŻONA” (2017)

W 1990 roku amerykańska filozofka, Judith Butler, opublikowała książkę pod tytułem „Uwikłani w płeć”. Dość szybko okazało się, że był to przełom w ruchu feministycznym, a także podwalina teorii odmienności, zwanej z angielskiego queer theory. W książce tej po raz pierwszy padło pojęcie performatywności płci. Butler stwierdziła, że płeć społeczno-kulturowa jest konstruktem, który ludzkość nieustannie odgrywa i powtarza. Poprzez używanie wypowiedzi perfomatywnych, jak na przykład słynne na porodówce „to chłopiec”, człowiek tworzy płcie, a przez przykładowo wypowiadane podczas zaślubin „ogłaszam was mężem i żoną” – role. Dziecko staje się chłopcem, osoba mężem lub żoną. Zdaniem Butler człowiek nie rodzi się kobietą lub mężczyzną w znaczeniu płci kulturowej, ale właśnie poprzez te performatywne zabiegi zostaje przystosowany do konkretnej roli. Filozofka wskazuje również, że poprzez tego typu kulturowe konstrukty, powtarzane od wieków w patriarchalnym społeczeństwie, rola kobiety znajduje się w gorszej pozycji od roli mężczyzny. Tożsamość kulturowa kobiet polega wręcz na podporządkowaniu się mężczyznom i stanowieniu swoistego tła w zdominowanej przez mężczyzn narracji. Powielanie tego typu relacji jest częste w kulturze popularnej, w tym także w filmie.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

W kinematografii przez wiele lat ukazywano kobietę jako rekwizyt w świecie mężczyzn. W dobie kina klasycznego kobieta bardzo rzadko była czymś więcej, niż postacią drugoplanową, damą w opałach, którą męski heros miał sposobność uratować, czy przedmiotem natury seksualnej pełniącym funkcję atrakcji wizualnej dla widza, oczywiście płci męskiej. Z czasem zaczęto eksperymentować i „dopuszczać” kobiety do czegoś więcej. Oczywiście z biegiem lat rola kobiety w filmie stawała się coraz ważniejsza, doczekaliśmy się emancypacji politycznej kobiet i w końcu także kina feministycznego, z silnymi, niezależnymi postaciami, które nie tylko nie pełnią funkcji breloczka, ale wręcz stanowią o istocie narracji. Niestety nawet dziś społeczeństwo wciąż jest mocno patriarchalne, co widzimy na przykład obserwując politykę czy rynek pracy, a w filmowych światach wciąż potrzebujemy więcej niezależności płciowej i mniej narzucania ról społecznych przez sam fakt urodzenia się z danym zestawem cech fizycznych.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Oglądając Żonę Björna Runge, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oto mam do czynienia z idealnym zobrazowaniem tego, jak płeć biologiczna definiuje role społeczno-kulturowe.  Struktura narracyjna tego obrazu jest  skonstruowana w ten sposób, że głównym wątkiem fabularnym jest historia starszego małżeństwa żyjącego w czasach nam współczesnych, a resztę historii poznajemy poprzez wspomnienia głównej bohaterki, którymi film jest poprzeplatany. Joan Castleman, grana przez Glenn Close, jest żoną Josepha Castlemana (w tej roli Jonathan Pryce), uznanego literata, ojca dwójki dzieci. Małżeństwo zdaje się być szczęśliwe, a para żyć „długo i szczęśliwie”. Wkrótce otrzymują telefon ze Sztokholmu – Joseph zostaje laureatem nagrody Nobla w dziedzinie literatury. W reakcji na tę informację oboje zaczynają skakać po łóżku i cieszyć się jak małe dzieci. Małżeństwo podróżuje do Szwecji, melduje się w hotelu i przygotowuje do ceremonii, a w międzyczasie widzimy poprzez wspomnienia Joan jak para poznała się pod koniec lat pięćdziesiątych. On był wówczas młodym, przystojnym i żonatym profesorem, a także świeżo upieczonym ojcem, ona jeszcze młodszą studentką, która razem z koleżanką spijała każde słowo z jego natchnionych ust. „Pisarz musi pisać” – mówi podniośle profesor Castleman. Joan jest oczarowana i szybko rozpoczyna romans z Josephem.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Na tym etapie widzowi zapalają się pierwsze lampki ostrzegawcze, a kiedy obserwuje on później parę w Sztokholmie, na jaw powoli zaczynają wychodzić niewygodne prawdy. Joseph zachowuje się narcystycznie i flirtuje z młodą kobietą z Fundacji Nobla. Choć podkreśla jak bardzo kocha żonę, jeszcze mocniej akcentuje, że jest ona jego oparciem, a sama „nie pisze”. Widzimy jak Joan coraz bardziej oddala się od męża, a wizerunek udanego małżeństwa zmienia się w krajobraz po bitwie. W końcu mamy do czynienia z fabularnym twistem (jeśli jesteście przed seansem i chcecie uniknąć spoilerów, to skończcie czytać w tym miejscu), który z każdą kolejną odkrytą kartą staje się coraz bardziej nieuchronny. We wspomnieniach Joan, Joseph okazuje się być nie tym za kogo się podaje. Pomimo umiejętności konstruowania wzniosłych stwierdzeń, nie jest popularnym autorem i nikt nie zgłasza chęci publikacji jego dzieł. Joan po zapoznaniu się z jego twórczością dostrzega, że Joseph wielkim autorem nie jest i nie zostanie. Sama próbuje przebić się w literackim świecie, ale w bolesny sposób przekonuje się, że choć posiada odpowiednie predyspozycje, wydawcy nie są zainteresowani ambitnymi tekstami kobiety. Są lata sześćdziesiąte i kobieta mile widziana jest w kuchni, albo z dziećmi u boku męża, a nie jako głos literacki. W ten sposób dochodzi do „zbrodni” popełnionej przez małżeństwo – ona zaczyna pisać literackie arcydzieła, a on sygnuje je swoim męskim imieniem, jednocześnie spędzając czas w kuchni i z dziećmi. Para ściśle pilnuje tej tajemnicy i ukrywa prawdziwą tożsamość wybitnego autora nawet przed swoimi dziećmi. Znów przenosimy się w czasie do Sztokholmu. W Joan coś pęka. Kropla przepełnia czarę. Obserwując męża uświadamia sobie, że bez niej byłby nikim, że to jej należy się literacki Nobel. Zdaje się być zła na cały świat, przede wszystkim za to właśnie, w jaki sposób został urządzony.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Nie zdradzając za bardzo finału, ostatecznie Joan staje się kimś więcej niż tylko tytułową żoną. Nie dlatego, że społeczne konstrukty nagle znikają, ale ponieważ sama bohaterka uświadamia sobie, że jest czymś więcej niż tym, co narzuciło jej społeczeństwo. Przeżywa prawdziwe katharsis, kiedy zdaje sobie sprawę, że choć całe jej życie kształtowane było przez performatywność płci, to nie musi tak pozostać. Nie musi być żoną. Nikt nie powinien zabraniać jej zostania autorką. Co najważniejsze, dzięki temu odkryciu chce ustrzec swoje dzieci przed podobnym losem. Postanawia opowiedzieć im całą prawdę o niej i ich ojcu, w nadziei na to, że dzięki temu sami będą w stanie definiować swoją płeć kulturową.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Wydźwięk Żony jest w mojej opinii bardzo istotny w dzisiejszych czasach. Słodko-gorzkim potwierdzeniem tego jest fakt, że od pomysłu na film do jego zrealizowania minęło aż czternaście lat. Glenn Close, która za rolę Joan została nominowana do Oscara, otwarcie odpowiadała dlaczego musiało minąć tak dużo czasu. Scenariusz napisany przez Jane Anderson, wkrótce po opublikowaniu książki Meg Wolitzer, na której jest oparty, był regularnie odrzucany przez producentów (oczywiście w zdecydowanej większości mężczyzn). Obawiano się, że film pod takim tytułem, z kobiecą protagonistką, nie będzie w stanie na siebie zarobić. Padło nawet stwierdzenie, że scenariusz jest mizoandryczny. Na szczęście w końcu pojawiły się pieniądze (Close podkreślała w wywiadach, że pochodziły prawie w całości z Europy), znalazł się reżyser i jakoś udało się doprowadzić projekt do końca. Na fali ruchu „Me Too” z ubiegłego roku, film dostał nawet skrzydeł w wyścigu po najważniejszą nagrodę. Niestety udało się przeforsować tylko nominację za żeńską rolę pierwszoplanową i co gorsze, aktorka ten bój przegrała. Byłem gotów postawić na Close wszystkie pieniądze, biorąc pod uwagę, że pozostałe nominacje otrzymały Yalitza Aparicio (debiut na ekranie), Melissa McCarthy (rola chwalona, ale nie jako „oscarowa”), Lady Gaga („duże” nazwisko, ale niekoniecznie w tej branży) i Olivia Colman (na ekranie w „pierwszoplanowej” roli przez mniej niż połowę filmu). Statuetkę zgarnęła ta ostatnia i w swojej przemowie powiedziała, że Glenn Close jest od dawna jej źródłem inspiracji i nie tak tego chciała. O Żonie większość z nas zapomni, tak samo jak o tym nietypowym wyborze laureatki nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Szkoda, bo powinniśmy, jak Joan i aktorka, która powołała ją do życia, głośno mówić o tym, że płeć, to coś więcej niż narzucana nam z góry norma. Joan należał się Nobel, a Glenn – Oscar.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

BIBLIOGRAFIA

Barker C., Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2005.

Krótko o sobie - prowadzę bloga o audiowizualnej kulturze i rozrywce, studiuję filmoznawstwo i wiedzę o nowych mediach na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s